08/07/2026
Uwaga!!! Bardzo długi tekst!
10 lat temu Siemian postanowił, że zajmie się tworzeniem ostrych narzędzi. Niedługo potem powstało coś o nazwie Siemian Custom ....
Przez ten czas wiele się wydarzyło. Niezliczona ilość sukcesów, porażek i zmian.
Były momenty w których czułem się szczęśliwy i takie kiedy wątpiłem w to co robię. Czas wielkiej prosperity i okres powolnego wyhamowywania.
Uwielbiałem być na fali i bardzo cierpiałem gdy na chwilę dłuższą czy krótszą spadałem z konia.
Tworzenie było i nadal chyba jest moją terapią. Moim sposobem na udowodnienie sobie, że jednak coś potrafię, że jestem coś warty. To, uwierzcie mi, wcale nie jest takie oczywiste. Od małego otaczali mnie ludzie uzdolnieni w przeróżnych dziedzinach a ja za wszelką cenę chciałem udowodnić że też jestem w czymś niezły. Oczywiście z marnym (w moim przekonaniu) skutkiem.
Szukałem długo.
Czegoś co da mi radość, w czym się spełnię, co pozwoli mi uwierzyć w siebie. Wszystko zmieniło się przez jednego człowieka. Marcin Bona. Zobaczyłem w internecie jego dzieła i nie mogłem uwierzyć, że to człowiek ręcznie zrobił... Niemożliwe.
Trafiłem na forum.... forum.knives.pl.
I nie. Nie zrobiłem pierwszej ostrości tydzień później.
3 lata. Studiowałem w wolnym czasie post po poście, wpis po wpisie.
Wpatrzony w prace Sesza, Trola, Setha, Bony, killrathiego, cichego i całej tzw. "starej gwardii" przełamałem się w końcu.
Jig, pilnik, kilka klepek od koszmarnegokarola. Pin kupiony w Mosaic Pins hart u jamalla. Potem (szybko bo z jigiem się nie polubiłem) wjechała Dedra i życie znów było piękne. Pierwsze prace (te które w mojej ocenie się już jako tako nadawały) pokazałem na knivesach pod koniec grudnia 2015r. Więc powinienem obchodzić 11 lat ale to się jeszcze dla mnie nie liczyło.
Spodziewałem się wtedy kubła zimnej wody.
Stało się inaczej. Ci których miałem za idoli, których pracę podziwiałem zaczęli pisać. Obeszli się ze mną bardzo delikatnie. Jakby wiedzieli, że skorupka choć już niemłoda to nadal bardzo krucha. Pisali dobrze, dokładnie tak jakby chcieli żebym nie zrezygnował w przedbiegach.
Może wiedzieli więcej odemnie. Czuli, że choć jeszcze sobie nie zdaję z tego sprawy tak bardzo mocno tego potrzebuję.
I dali mi to czego potrzebowałem. Obudzili małą iskierkę wiary we własne ja.
Służyli radą, czasem stawiali do pionu, pisali co trzeba poprawić.
Zaopiekowali się mną. Było ich wielu. Krzywdą byłoby gdybym o kimś zapomniał więc nie będę wymieniał. Kto wie ten wie.
Wszystkim dziękuję. Nawet tym z którymi rozeszły się drogi. Bez Was nie byłbym tym kim jestem. Nie byłem tu żadnym wyjątkiem bo mniej więcej w tym samym czasie swoją karierę rozpoczęło wielu "młodych gniewnych" którzy w różnym stopniu też motywowali siebie nawzajem i oczywiście mnie do rozwoju. Wielu z nich to dziś uznani makerzy.
Potem był czas działań społecznych. Zostałem administratorem grupy Zrób N..ż (i kilku innych). Mało kto pamięta ale gdy objąłem ster grupa była w dość dramatycznym momencie. Udało się to jakoś ogarnąć i utrzymać. Choć nie było to łatwe zadanie. Niestety po roku czy dwóch musiałem zdać ten etat, w moim życiu doznałem straty która nie pozwoliła mi się skupić na działaniu dla innych. Musiałem się posklejać. Potem były kolejne sukcesy (małe ale moje własne) poprzeplatane z zawirowaniami wszelakiej maści.
Nastąpił też pewien przełom. Sebastian Cichomski zgłosił nominację o przyznanie mi młotka na knivesach co też się wkrótce stało. Dla niektórych to może nic nie znaczy. Dla mnie też. Ale jednocześnie znaczy wszystko. To tak jakby żołnierz otrzymał najwyższe odznaczenie za służbę. Niby tylko order a dla mnie dowód na to, że ktoś zauważył to co robię. Ludzie którzy kiedyś wydawali się być dla mnie niczym Rolling Stonesi sceny knifemakingowej powiedzieli: "Siemian. Od dziś jesteś jednym z nas." To było i jest naprawdę coś.
Lata mijały.
Warsztat się rozrósł i usprzętowił. Niewiele więcej było mi potrzeba by swobodnie pracować. Gdy zaczynałem z pilnikiem i masą zapału nie myślałem że kiedyś będę miał wszystko co potrzebne (i często niepotrzebne) do komfortowej pracy.
Potem czasy się zmieniły, coraz trudniej się przebić ze swoimi pracami. To co kiedyś przychodziło łatwo, dziś nie jest już tak oczywiste. Polityka różnych firm nie sprzyja naszej działalności. Ja nie umiem w nowe sztuki marketingowe.
Stanąłem przed ścianą. Dla gościa który od początku bardziej cieszył się z lajków niż kasy, robił po to by wiedzieć, że komuś się to podoba to była i nadal trochę jest katastrofa.
Ustałem. Potrzebowałem oddechu. Zrobiłem kilka tematów bardziej żeby nie zapomnieć rzemiosła niż z radości. Zająłem się czymś innym. Też fajne ale to nie to. Bardziej jak znieczulenie podane nie w porę bo po zabiegu.
Teraz pointa. Trochę z dupy ale i tak już długo czytacie więc dobiję do brzegu.
Chyba zatęskniłem. Niekoniecznie za splendorem i "światłami reflektorów".
Nawet nie za klimatem czy kolegami po fachu.
Najbardziej zatęskniłem za tym uczuciem towarzyszącym aktowi tworzenia. Tym hormonem który wytwarzam jednocześnie z moim narzędziem. Tym zapachem stali, drewna i acetonu. Swędzącą skórą. Rozkminianiem co można by zrobić lepiej.
I wszystkim co następuje później....
Dziś o 4.10 skończyłem ogarniać warsztat by był gotowy na to co mam zamiar zrobić niebawem.